Blog to miejsce do podzielenia się na piśmie z innymi internautami moimi fascynacjami. Dotyczą one głównie regionu wałbrzyskiego, w którym przeżyłem już ponad pół wieku Będę o nim pisał, dzieląc się z Czytelnikami moimi refleksjami z przeczytanych książek i osobistych doświadczeń związanymi z poznawaniem jego historii i piękna krajobrazów.

niedziela, 3 czerwca 2012


Poranne pieskie impresje




 Piszę to po porannym spacerze z moim nieodłącznym od lat czworonożnym przyjacielem „Tomciem”. To imię nadała mu przyjaciółka  naszej Marzeny, Marta, kiedy był bardzo, bardzo mały. To ona obdarzyła naszą córkę tym „skarbem”. Przywiozła więc go córka z radością znad Morza Bałtyckiego, a ponieważ były to wakacje, więc Tomciem miał się kto zaopiekować. Kiedy rozpoczął się rok szkolny, a córka jest nauczycielką, Tomcio zostawał sam w domu i wyrażał swe niezadowolenie z tego powodu rozszarpywaniem wszystkiego, co było dostępne: obuwie, odzież, chodniki, firany, zasłony. Aby temu zapobiec zabieraliśmy Tomcia do siebie. I tak już zostało. Tomcio poczuł się całkiem dobrze w nowym otoczeniu, z ochotą wskakiwał wieczorami do pościeli obojętnie którego z domowników. Gdy powracał do mieszkania córki czuł się całkiem nieswój. Trzeba było go zabierać z powrotem.
I w ten oto sposób staliśmy się „rodziną opiekuńczą” Tomcia, który rozpanoszył się już tak na dobre, że nie ma mowy o powrocie. To już zresztą minęło circa 8 lat. Tomcio jest  „dojrzałym” członkiem rodziny i korzysta  konsekwentnie z wszystkich przysługujących mu przywilejów objętych przepisami konwencji europejskiej.
Ale nie o tym chciałem napisać w ten niedzielny poranek, w którym wybrałem się z Tomciem na spacer. W pewnym momencie uderzyła mnie swoistość sytuacji. Niedzielne rano, raniutko. Trochę chłodno, ale słonko przedziera się przez chmury. Jest pięknie. Idziemy na Osiedle stałą trasą spacerową.. Cisza, absolutny spokój. To niedzielny poranek. Rozglądam się wokoło. Oczywiście nie jesteśmy z Tomciem sami. Co rusz pojawiają się podobni do nas „spacerowicze”. Muszę być czujny. Większość z nich prowadzi na smyczy olbrzymów, wobec których mój jamnik na wysokich nóżkach zachowuje się co najmniej idiotycznie. Straszy zwariowanym warczeniem, szczekaniem i „stroszeniem piór”, których nie ma. To on okazuje się bardziej agresywny i prowokuje do reakcji nawet najspokojniejszego olbrzyma. Ale znam już swego Tomcia, wiem jak unikać bezpośrednich spotkań z „tytanami”. Muszę tylko być czujny. 



Jest niedziela. W pewnym momencie zdaję sobie sprawę z tego, że znalazłem się w wyjątkowo komfortowej sytuacji. Słoneczny poranek, świeże powietrze, piękne widoki  roztaczające się z położonego na górce Osiedla, spokój, cisza. Miasto śpi, a przecież to jest cudowna chwila. Trudno znaleźć taką drugą. Ludzie obudźcie się! Postarajcie się o pieska, który nie da wam spać, pociągnie na poranny spacer, zachęci do innego niż w nawale codziennych obowiązków spojrzenia na otaczający nas świat. Świat jest piękny, także ten najbliżej nas. Nie wierzycie, zapraszam w kolejny niedzielny poranek na spacerek. Do zobaczenia na najlepszej „ścieżce zdrowia”.

Fot. z domowego albumu.
Fruwające marynarki


"skrzydlate serca"
Zastanawiałem się we wczorajszym poście, co napiszą komentatorzy profesjonaliści o otwarciu koncertu w Opolu. Nie trzeba było długo czekać. Już o godz. 8.30 ukazał się komentarz w "Onecie" (jeden z pierwszych jeśli chodzi o portale internetowe). Z satysfakcją odczytałem, że moje osobiste doznania, a także pierwszych komentatorów mojego blogu okazały się bardzo podobne. Dla pełnej ilustracji przytaczam fragment tego artykułu:


Paweł Piotrowicz, Onet/Muzyka:

Rzucone na start „Szalone lata 60.!” mogły się naprawdę podobać. Idea była prosta: artyści młodego pokolenia mierzą się z ważnymi piosenkami z tamtej dekady, które oczywiście rozbrzmiewały w opolskim amfiteatrze. – Nie tyle są to covery, co twórcze wersje – podkreślał Wojciech Mann. I rzeczywiście, większość z nich niewiele miała wspólnego z oryginałami. Tym samym „Wszystko mi mówi, że mnie ktoś pokochał” Skaldów w wykonaniu Kamila Bednarka i jego chóru z programu „Bitwa na głosy” przerodziło się w rasowe reggae, „Czarny Alibaba” Heleny Majdaniec polsko-ukraiński Enej przerobił na charakterystyczną dla siebie modłę, radosną, rockową i żywiołową, a „Niedziela będzie dla nas” Niebiesko-Czarnych w wykonaniu grupy Plan stała się niemal metalową petardą.
Mogły się też podobać ekspresyjny występ Michała Szpaka w Niemenowskiej „Płonącej stodole”, jak i finałowa Ania Rusowicz, tym razem nie w repertuarze mamy, lecz w brawurowo zaśpiewanym „Nie bądź taki szybki Bill” Kasi Sobczyk.
A sama Ewa Farna? O dziwo, obyło się bez gwizdów, których można się było spodziewać po jej zeszłotygodniowym wybryku. Może dlatego, że Ewa wykonała „Dwudziestolatki” Macieja Kossowskiego dokładnie tak jak należy – z energią, odrobiną szaleństwa i bez kompleksów. Przyćmiła nawet Kasię Kowalską i jej Breakoutowy „Gdybyś kochał hej”.
Duet Mann senior – Mann junior wypadł naturalnie i swobodnie, choć od początku widać było, kto tu jest dla kogo tłem. Dzięki seniorowi koncert miał istotny walor edukacyjny – przed każdym utworem pan Wojciech przybliżał klimat lat 60., opowiadał anegdoty i  historie związane z wrogim wobec bigbitu nastawieniem komunistycznych władz, wyjaśnił też, z czego wynikała popularność „fruwających marynarek” oraz w jaki sposób należy „nimi fruwać”. – Pierwsza podstawowa rzecz: Nie machać za rękaw, bo może się urwać albo wypadnie grzebyk czy lusterko. Ruchem kołowym nad głową uzyskujemy rotację…

Mam nadzieję, że powyższy cytat stanowi znakomite uzupełnienie moich osobistych refleksji, a Czytelnikom blogu da pełniejsze wyobrażenie tego, co się działo na scenie opolskiego amfiteatru w piatek wieczorem z okazji otwarcia kolejnego 49 Krajowego Konkursu Piosenki w Opolu.

PS. Dodam jeszcze, że zespół "Enej" zdobył wczoraj (w sobotę) główną nagrodę w konkursie "super premiery" za piosenkę "Skrzydlate serca".

sobota, 2 czerwca 2012


Niedziela będzie z nami


 Jestem pod wrażeniem wczorajszego otwarcia Krajowego Konkursu Piosenki w Opolu. Teraz już, kiedy podobnie jak prowadzący konkurs Wojciech Mann, ma się te dwadzieścia lat do sześcianu, znacznie rzadziej zdarza się tak zachwycić i wzruszyć. Co było powodem tego uniesienia. Niewątpliwie to, że program pierwszej części wieczoru - "Szalone lata 60-te"- wypełniły piosenki z lat sześćdziesiątych, a więc z lat mojej młodości, a także młodości Kasi Sobczyk, Karin Stanek, Heleny Majdaniec, Ady Rusowicz, Miry Kubasińskiej, Wojciecha Kordy, Czesława Niemena. Odżyły więc wspomnienia z dawnych lat i stare już, ale wciąż żywe olśnienia. To dziwne, że w tych ponurych czasach PRL-u mogło pojawić się na naszej scenie muzycznej i piosenkarskiej tyle nieprzemijających, niegasnących przebojów. Zwrócił na to uwagę Wojciech Mann, obserwując wspaniale bawiącą się i rozśpiewaną widownię, a przecież nie był to klub seniorów. Wiadomo, Czesław Niemen był i jest bezkonkurencyjny, a „Dziwny jest ten świat”, to szlagier wszech czasów. Ale i wiele innych piosenek z tych lat – „Trzynastego”, „Jutro możemy być szczęśliwi”, „Nie bądź taki szybki Bill”, „Wszystko mi mówi, że mnie ktoś pokochał”, „Gdybyś kochał, hej”, to piosenki, które wciąż jeszcze żyją i potrafią bawić dzisiejszą młodzież.
Wszystkie ówczesne przeboje były prezentowane w nowej, współczesnej aranżacji i osobistej interpretacji młodych wykonawców, co dodało im świeżości. Dla mnie osobiście gwiazdą wieczoru była Ewa Farna, a jej wykonanie piosenki „Dwudziestolatki” z repertuaru "Czerwono-Czarnych", to prawdziwa sztuka dla sztuki. Piosenkarka ma dopiero 18 lat, ale jej walory głosowe, swoboda i perfekcja w poruszaniu się na scenie, urok osobisty, zwiastują pojawienie się nowej gwiazdy. Opole ma szczęście do wyławiania talentów, które potem stają się naszymi idolami przez lata, jak chociażby Maryla Rodowicz. Duże wrażenie zrobił na mnie zespół „Mezo”, a także Kamil Bednarek i jego drużyna, zwycięzcy telewizyjnej „Bitwy na głosy”.
Konferansjerów było dwóch, bo Wojciech Mann, jak to sam zauważył, przy okazji Dnia Dziecka zdecydował się wypromować swego syna, Marcina. Bardzo sympatyczny, inteligentny i dowcipny jak tato młodzieniec, okazał się kolejnym „wynalazkiem” wieczoru.
W ogóle prowadzenie koncertu przez obydwu Mannów było jego okrasą. Oczywiście to wszystko o czym napisałem, to tylko i wyłącznie moje subiektywne odczucia. Sam jestem ciekaw, co będzie można usłyszeć i przeczytać na temat koncertu w mediach. Pocieszam się tym, że jestem jednym z najwcześniejszych komentatorów wczorajszego wieczoru.
W drugiej części opolskiego wieczoru miał miejsce konkurs debiutów, związany z trzydziestoleciem "Listy przebojów radiowej trójki". Na ten temat wolę się nie wypowiadać. Pozostawiam to fachowcom.
Podzielam w zupełności przesłanie znanego przeboju lat sześćdziesiątych, który został znakomicie zaśpiewany ponownie w Opolu - „niedziela będzie dla nas”. Myślę głównie o podobnych weteranach jak ja, którym opolskie otwarcie tegorocznego konkursu pozwoliło powrócić wspomnieniami do lat młodości. A przecież już jutro niedziela.

Fot. Stasys Eidrigevicius .

piątek, 1 czerwca 2012


Z okazji Dnia Dziecka  -  Euro 2012



czas na refleksję
W tym roku 1 czerwca – Dzień Dziecka, to zarazem początek Miesiąca Dziecka. (A może raczej Dziecięcej Choroby XXI wieku, tym razem w Polsce i na Ukrainie w miesiącu czerwcu). Pytanie dlaczego? Ano dlatego, że jesteśmy w tym miesiącu organizatorem Euro 2012. Co to jest Euro 2012? To zabawa dla dorosłych w dzieci. Kiedy jednak dorośli bawią się w dzieci, to trzeba zrobić wszystko co możliwe, by to wyglądało na poważnie. I tak się dzieje. Sportowa rywalizacja, w której czołową rolę odgrywa skórzana piłka, zamienia się w rzecz najważniejszą dla kraju i każdego obywatela. I co ciekawe, biorą w niej udział miliony uległych tej zbiorowej mistyfikacji postronnych graczy zwanych kibicami.. Nadrzędną rolę odgrywają w tej grze najszczytniejsze symbole narodowe: flaga, hymn państwowy, kolor koszulki i spodenek, logo na koszulce. Każdy bezpośredni uczestnik tej gry wie o tym, że broni honoru państwa. Źle kopnięta piłka może uczynić go wyrzutkiem społeczeństwa, a udana akcja piłkarska bohaterem narodowym.
Spójrzmy chociażby na moment co się dzieje w całym kraju od kilkunastu miesięcy w związku z zabawą w piłkę kopaną. Tego nie da się z niczym porównać. Nawet wizyty naszego nieodżałowanego papieża, Jana Pawła II, nie pochłaniały takich pieniędzy, nie wywoływały tylu przygotowań, powszechnej mobilizacji, fermentu medialnego, co przyjazd do Polski kilkunastu reprezentacji piłkarskich z krajów europejskich, a w ślad za tym tysięcy kibiców. Co się dzieje w miastach, gdzie odbędą się mecze piłkarskie w ramach Euro 2012. Czyste szaleństwo reklamowe za wielkie pieniądze. Wizyty I Sekretarza KC PZPR, E. Gierka we Wrocławiu, gdzie wyściełano czerwone dywany na lotnisku, są niczym w porównaniu do tego, co się dzieje dzisiaj chociażby na rynku wrocławskim. Prezydent Wrocławia wziął dobrą szkołę, ale już nie naszą, tylko europejską. Udało się w Polsce wybudować nowoczesne, nieznane dotąd Polakom stadiony, powstało w tempie ekspresowym wiele kilometrów dróg i autostrad. Będą one w miarę przejezdne w tym miesiącu, który ochrzciłem Miesiącem Dziecka. Co będzie dalej, o tym nie mamy czasu w tej chwili myśleć. Na dziś ważne jest tylko i wyłącznie to, by sprostać potrzebom chwili, by się nie skompromitować, broń Boże nie pozwolić nawet pomyśleć, że Polska to kraj słabo rozwinięty, niezupełnie gotowy do organizacji takiej zabawy, a Polacy to wprawdzie naród gościnny,  ale w części rasistowski, szowinistyczny,  zacofany. O tym jakim jesteśmy narodem w opinii zewnętrznej zadecydują tzw. kibole, którym uda się zdobyć bilety na mecze, a jeśli nie, to zaznaczą swoją tożsamość w innych miejscach: w pubach, restauracjach, pod budkami z piwem, na ulicach. Oni „zapracują” na opinię o Polsce. I to się będzie liczyć. Nawet gdybyśmy byli narodem dobrze wykształconym, mieli uczonych światowej sławy, wielkich artystów, pisarzy, reżyserów, inżynierów, budowniczych, biznesmenów, to i tak nie ma to żadnego znaczenia. Jeśli polski napastnik kopnie zamiast piłki rosyjskiego bramkarza, albo nasz „kibol” rzuci w czarnoskórego zawodnika skórką od banana, natychmiast podchwycą to żurnaliści. To jest temat medialny! Na to się czyha jak preryjny kojot na żer.
W ogóle media, to właśnie „spiritus movens” całej tej zabawy dorosłych w dzieci. Nie byłoby jej nigdy w takim wydaniu jak obecnie, gdyby nie media. Potrafią one ludzi zupełnie obojętnych na piłkę nożną uczynić fanatykami futbolu. Nad tym media pracują intensywnie od lat. Dotyczy to nie tylko piłki nożnej, ale wszystkich dyscyplin sportowych. Zwłaszcza tych, które przynoszą duże pieniądze.
W tym momencie docieram do sedna sprawy. Najważniejszą rolę w tym wszystkim odgrywa pieniądz.
A pieniądze dostarczają miliony ofiar futbolowej epidemii, które dały się wmanewrować w zabawę dorosłych w dzieci. Słucham o tym jak drogie są bilety na mecze, ile można na nich zarobić pokątnie, jak drogie są transmisje z meczów, ile kosztują noclegi, parkingi, gadżety i wszystko to, co się wiąże z piramidalnie głupią histerią piłkarską, która ma niewiele wspólnego z prawdziwym sportem. W tej chwili hitem rynkowym są chorągiewki biało-czerwone i specjalne koszulki z napisem Euro 2012, a przebojem piosenkarskim odgrzebana melodia o rzekomej proweniencji ludowej, którą śpiewają stare baby, mające tyle wspólnego z piłką nożną, co kura ze złotym jajem. Wkrótce pojawią się inne niespodzianki.

czas na myślenie

Czuję, że naraziłem się milionom kibiców piłki nożnej. Ale ja nie mam nic przeciwko piłce nożnej. Kiedyś sam kopałem piłkę, jeździłem na mecze „Górnika” i „Thoreza” w Wałbrzychu. Chętnie oglądam mecze piłkarskie w telewizji. Do szewskiej pasji doprowadzają mnie przedmeczowe pogaduszki starszych panów, deliberujących nad tym, jakie to czeka nas przeogromnie ważne wydarzenie sportowe i co może się stać za chwilę w meczu. Wreszcie jest mecz i okazuje się, że nic nadzwyczajnego się nie dzieje, normalna kopanina i fizyczne przepychanki, "taktyczne" faule, a w gruncie rzeczy perfidne kopanie lub atakowanie łokciem przeciwnika, by go wyeliminować z gry, paradne wywrotki, aktorska gra piłkarzy, by wykołować sędziego, wymusić korzystną decyzję. Sędzia zresztą jest często ważniejszy niż wszystkich 22 kopaczy piłki, on może zadecydować o wyniku i korona mu z głowy nie spadnie. Gdzieś tam w zaciszu kawiarnianym zapadają decyzje w zależności od tego, kto proponuje większą stawkę.
Prawda jest taka, że to co się dzieje obecnie nie ma nic wspólnego z ideą olimpijską sportu amatorskiego, a co za tym idzie - z ideą sportu, który ma służyć rozwojowi fizycznemu człowieka, temu co się zowie kulturą fizyczną.
Dlatego będę wprawdzie oglądał w telewizji mecze Euro 2012, ale nie wyrzucę odbiornika TV, jeśli nasi nie wyjdą z grupy. Nie zwariuję też ze szczęścia, jeśli pójdą dalej, nawet do finału w Kijowie. Kijów to bardzo duże i czarujące miasto, pozostanie takie bez względu na to, czy nasi będą, czy nie będą w finale. W ogóle Europa i świat się nie zmienią. Miesiąc Dziecka minie szybko jak błyskawica, a żyć trzeba dalej. Czy jednak jest szansa, że po tym doświadczeniu choć trochę zmądrzejemy?

Fot. Statysa Eidrigeviciusa

czwartek, 31 maja 2012


 Nad podziemną rzeką


wałbrzyski rynek

do rynku

Jak rodzynek w dobrym cieście
w centrum miasta jest Śródmieście,
cenimy je sobie wielce
Śródmieście, to miasta serce, 
tętni żwawą pracą, bije,
dzięki niemu miasto żyje.

Prześciga starówki wszystkie
nasze Śródmieście wałbrzyskie,
wyrosłe na górskich zboczach
lśni zielenią parków w oczach,
kręte drogi i ulice
przy nich wille jak kaplice,
stary rynek pnie się w górę
jakby chciał doścignąć chmurę.
ulice Sródmieścia

A największa tajemnica,
to ukryta gdzieś Pełcznica
płynie sobie w niemym geście
utopiona pod Śródmieściem.

Kiedyś nad nią rosło miasto,
ale stało się za ciasno,
więc pokryto ją mostami,
a zaś potem asfaltami.

Dziś w kronikach można czytać,
że pod miastem mknie Pełcznica,
że w ślad Daisy wnet podąża,
oplatając mury Książa

Trzeba głosić w mediach co dzień:
Wałbrzych to miasto na wodzie!
Gdy ta plotka się rozniesie
Prześcigniemy wnet Wenecję!


pałac Czettritzów w Śródmieściu

Mam nadzieję, że tym wierszowanym limerykiem uda mi się pobudzić zainteresowanie moich Czytelników zarówno wałbrzyskim starym miastem, jak też niezwykle intrygującym górskim potokiem o wdzięcznej nazwie Pełcznica.
O Śródmieściu, historycznej dzielnicy Wałbrzycha, napiszę wkrótce nieco więcej. Dziś parę słów o Pełcznicy, znanej z materiałów źródłowych z 1292 roku jako Polsniz, Polsnicz, a w 1355 roku jako Wasser Doltzniz, potem miała jeszcze kilka innych nazw. Tuż przed II wojną światową nazywała się Freiburger Wasser, zaraz po wojnie Czarna Woda, Cichy Potok, Ogorzelec, wreszcie Pełcznica. Już sama ilość nazw wskazuje jaka to ważna rzeka.
Jej źródeł możemy się doszukać powyżej Glinika Starego, na wysokości 630 m. npm., skąd spływa do Podgórza, omijając Zamkową Górę. Przed wiaduktem kolejowym kolo dworca Wałbrzych Główny znika pod ulicą Niepodległości, Mickiewicza, Aleją Wyzwolenia i Kolejową. Ponownie pojawia się dopiero w dzielnicy Stary Zdrój i podąża dość kręto równolegle do ulicy Armii Krajowej i Wrocławskiej do Szczawienka, gdzie przyjmuje Lubachowską Wodę i wpływa na teren Książańskiego Parku Krajobrazowego.


fot. Robert Janusz
Tutaj Pełcznica pokazuje swą niebywałą moc i urodę. Przedziera się skalistym przełomem wysokości ok. 80 m. pod Książem i ruinami Starego Książa, tworząc koryto niezwykłej urody ze względu na roślinność i piękno krajobrazu, zwłaszcza obserwowanego z góry (z tarasów zamku Książ lub miejsc widokowych Parku Książańskiego). Ten odcinek rzeki objęty jest ochroną jako rezerwat przyrody. Rośnie tu wiele okazów pomnikowych drzew, m.in. cisy pospolite, z najbardziej znanym cisem „Bolko” u wylotu z wąwozu Pełcznicy.
Dalej Pełcznica wzbogacona o wody Szczawnika płynie przez Świebodzice, następnie przez Ciernie na Równinę Świdnicką po czym, aż do ujścia w rzece Strzegomce, płynie wśród użytków rolnych i niewielkich lasów.
Choć jej w Wałbrzychu nie widzimy wiadomo, że stanowiła oś komunikacyjną miasta, spełniając ważną rolę w czasach dawniejszych, bo właśnie przy jej brzegach rozwijała się późniejsza aglomeracja wałbrzyska.
Myślę, że ta świadomość o ujarzmieniu rzeki w podziemnym kanale nie jest dla nas ujmująca. Brakuje jej w krajobrazie Śródmieścia, które byłoby dzięki płynącej przez nie rzece bardziej naturalnym i atrakcyjnym. Są rzeczy, których nie da się już odwrócić. Spróbujmy więc wykorzystać tę sytuację przynajmniej w celach promocyjnych miasta.

Fot. Violetta Torbacka

wtorek, 29 maja 2012


Nie tylko smutne, ale wręcz tragiczne


Dzięki uprzejmości naszej kierownik Miejskiej Biblioteki Publicznej w Głuszycy ( to miasteczko jest wyjątkowe, o czym już wielokrotnie pisałem, także w dziedzinie omijania obowiązujących przepisów prawa, dlatego w tym mieście jest kierownik, a nie dyrektor biblioteki) w moje ręce trafiła dość rzadka książka (nie tylko ze względu na „ciężar gatunkowy” – co najmniej pół kilograma i ponad 620 stron, ale także na wyjątkowość tematu, objętego przez całe lata PRL-u  absolutną cenzurą. Mowa o książce Romualda M. Łuczyńskiego, „Losy rezydencji dolnośląskich w latach 1945-1991”.
Przejrzałem tę wypełnioną drobniutkim drukiem „grubą” książkę, wczytałem się na początek w  rozdziały dotyczący najbliższych mi  -  zamku Książ i pałacu w Strudze i „ręce mi opadły”.
Pomyślałem, ta książka zaciera do reszty moje szczątkowe pozostałości dobrej opinii o czasach dzieciństwa, młodości i dojrzałego życia. Wtedy nie miałem świadomości, że wokół mnie dzieje się tyle zła. Przejrzałem na wyrywki jeszcze parę rozdziałów i w pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że to jest książka dla „masochisty”, nie dla normalnego czytelnika. Trudno jest spokojnie czytać coś tak przygnębiającego. Nie miałem najmniejszego wyobrażenia, że na naszej wydawałoby się nie tak rozległej przestrzeni Dolnego Śląska „odziedziczyliśmy” po Niemcach tyle niezmierzonego bogactwa w postaci zamków, pałaców, dworków. Nawet trudno je zliczyć , zinwentaryzować, zwłaszcza że pojęcia zamku, pałacu dworku nie są jednoznaczne. W książce R. M. Łuczyńskiego są miejsca z fotograficzną ilustracją tego bogactwa, które w zdecydowanej większości zostało roztrwonione i zrujnowane przez żywioł „barbarzyńców” ludowej władzy komunistycznej, bo tego inaczej nie da się nazwać. To nie jest nawet wina ludzi, którzy w ten czy inny sposób stali się ich zarządzającymi lub właścicielami, to jest wina systemu, który wymyślił sobie własność społeczną, czyli praktycznie niczyją, a w dodatku nie znalazł sposobów i środków, aby ją zabezpieczyć
Pod koniec wojny pałace te przechodziły najczęściej „chrzest bojowy” ze strony oswobodziciela, czyli Armii Czerwonej. Stawały się miejscem jej zakwaterowania. Potem przejmowała je władza ludowa. Tak było z zamkiem Książ, ale także z barokowym pałacem w Strudze, który od końca XIII wieku do drugiej połowy XVII wieku był w rękach rodziny Czettritzów, później barona von Seherr-Thoss, barona von Richthofena i Leopolda von Zietena. Po "oczyszczeniu" pałacu przez wojska sowieckie przejął go miejscowy PGR, który w latach 50-tych urządził tu magazyn i skład materiałów pędnych. Później w 1959 roku, mocą uchwały Prezydium Rady Narodowej w Wałbrzychu pałac stał się oficjalnie siedzibą PGR w Strudze. Nie był on w stanie zadbać o  stan techniczny obiektu, nie był też tym szczególnie zainteresowany. W rezultacie budynek stawał się ruiną. Zabiegi wojewódzkiego konserwatora o przeprowadzenie remontu pałacu trafiały w próżnię. Spełzły na niczym zabiegi PKP o uczynieniu tam filii Sanatorium Kolejowego w Szczawnie-Zdroju. Opiekę nad opuszczonym obiektem przejął  mieszkaniec Strugi T. Kraszewski, potem zaś Posterunek MO w Starych Bogaczowicach. Nie przeszkodziło to, by młodzież urządzała sobie w pałacu wakacyjne harce i dopełniała procesu zniszczenia. W 1970 roku pałacem zaopiekował się  Witold Paciuk, który nawet w porozumieniu z konserwatorem zabytków urządził tam sobie mieszkanie. Oczywiście wiązało się to z koniecznością przeprowadzenia przez niego szeregu prac remontowych. Czynił to sukcesywnie przez kilka lat, nie znajdując nigdzie pomocy. Komisja która dokonała oględzin pałacu w styczniu 1976 roku wysoko oceniła ogrom prac wykonanych przez W. Paciuka, a generalny konserwator zabytków w Warszawie na wniosek wojewódzkiego konserwatora w Wałbrzychu przyznał mu nawet nagrodę w wysokości 5 tys. zł. za uratowanie pałacu przed zupełna dewastacją. Wkrótce potem W. Paciuk został zmuszony do opuszczenia pałacu pozostającego nadal w rękach PGR. To bardzo charakterystyczny moment w dziejach pałacu.
Wyeliminowano człowieka, który był w stanie ratować zabytek przez dalsze lata. Obiekt trafił do zasobów Sudeckiego Zjednoczenia Rolno-Spożywczego. Nie realizowało ono żadnych poleceń konserwatora zabytków zmierzających do ratowania pałacu. Sprawą zajęła się Prokuratura Wojewódzka w Wałbrzychu, zobowiązując nowego właściciela do przeprowadzenia remontu zabezpieczającego. W 1982 roku inspekcja konserwatora potwierdziła brak realizacji zaleceń i prokuratury, i konserwatora, a więc postępującą dewastację pałacu.
W dalszej części rozdziału znajdujemy szczegółową relację z toczącej się przez lata „wojny” pomiędzy urzędem konserwatora zabytków i właścicielem z udziałem prokuratury, której nie mam siły już przytaczać.To wszystko jest tak żenujące, wprost trudno uwierzyć, że się dzieje w cywilizowanym świecie. Trwa zresztą do dziś, a końca nie widać. Nie ma takiej siły, by przerwać chocholi taniec biurokratyczno-, urzędniczej karuzeli. Wynika z niej  jedno, że ochrona zabytków jest w naszym kraju propagandową fikcją nie mającą pokrycia z rzeczywistością.
Pałac w Strudze jeszcze istnieje jako tako zabezpieczony, ale dalej popada w ruinę. Nie wszędzie się udaje tak jak w Jedlinie-Zdroju przejąć pałac przez lokalną władzę samorządową , wystawić go na przetarg i znaleźć nowego właściciela, który jest w stanie odrestaurować zabytek z przeznaczeniem na mądre cele.

O bogactwie dolnośląskich rezydencji pałacowych mówił pięknie w Dolnośląskiej Bibliotece Publicznej we Wrocławiu  autor książek o Dolnym Śląsku, regionalista, Marek Perzyński.
Było to w minioną niedzielę (27 maja) przy okazji rozstrzygnięcia konkursu ogłoszonego przez Bibliotekę w ramach odbywających się co roku targów książki Siliesiana Dolnośląski Salon Wydawniczy. Do konkursu zaproszono wszystkich chętnych seniorów (osoby w wieku 50 lat i więcej), którzy zdecydują się napisać tekst pod tytułem  „Moja pierwsza praca zawodowa – wspomnienia dolnośląskich seniorów”. W ogłoszeniu konkursowym apelowano:  pomóżcie nam poznać Dolny Śląsk w minionych dekadach widziany Waszymi oczami.
Kierując się tym właśnie znamienitym przesłaniem jury konkursowe z Markiem Perzyńskim jako przewodniczącym, przyznało jedną z trzech nagród autorowi, który opisał swą pierwszą pracę zawodową w Fabryce Samochodów Ciężarowych w Lublinie. Lublin - to przecież prawie Dolny Śląsk, tylko trochę bardziej na wschód. Nie zmąciło to ani na moment sumienia prześwietnego jury konkursowego Dolnośląskiej Biblioteki.  Samo życie!

Fotografie Roberta Janusza z pleneru artystycznego głuszyckiego CK  w "Łomnickiej Chacie" .

niedziela, 27 maja 2012


Koko horoskop


wizjoner
Euro 2012 tuż, tuż. Za parę dni otwiera się dla nas Eldorado. Myślę o tym tak intensywnie, że śni mi się po nocach. Właśnie tej nocy miałem proroczy sen. Jeszcze się dobrze nie otrząsnąłem i już staram się przenieść go na monitor, bo jest on, o dziwo nader optymistyczny.
I pełen patriotycznej wymowy, na nutę znaną nam wszystkim od żłobka i przedszkola do renomowanych pubów i restauracji. Cała Polska śpiewa hymn naszych piłkarzy Euro 2012 „Koko, Euro spoko”, a ja ze wszystkimi.
Nie mogłem inaczej, pod wrażeniem pełnych młodzieńczej werwy i dziarskości „Jarzębinek”, podrygując ochoczo, przenoszę na ekran proroczy horoskop, zachowując konwencję wierszowaną:

Koko, koko, koko, koko
nasza grzęda hen, wysoko
gdakaliśmy doskonale
więc jesteśmy już w finale

Dzięki formie wyśmienitej
mamy medal z masy litej
Euro spoko, Polsko spoko
zdobyliśmy szczere złoto

Więc wesołe Jarzębiaczki
podrygują jak kurczaczki:
chodźcie z nami, koko, koko,
kto nie z nami jest miernotą

Klnie na Euro w pasji szewskiej
idol PiS-u  - Tomaszewski,
na team Smudy się wypina
woli chłopców tych z Berlina

Kto tak naszym lica muska?
To usta Donalda Tuska, 
zasłużyły dzielne chłopy,
mamy puchar Europy

Z piłkarzami niczym tato
wciąż na przedzie Grzesiu Lato,
złotem błyska jego oko
podśpiewuje koko koko

Show z Kocudzy na życzenie
Tańczy polkę w PZPN-enie
Mucha spoko, Smuda spoko
cud się spełnił  -  koko, koko

Cała Polska jest na fali
bośmy złoto wygdakali
Ruskich, Niemców wygwizdali
i będziemy gwizdać dalej…

Gdzie tak Hofman żwawo bryka?
Mszę zamówić u Rydzyka,
Euro- złoto jest dziś cnotą,
dla pobożnych jest jak  kokon

A kibice piwo żłopią
Ryczą zgodnie  -  koko koko

Kurze koko w futbol hymnie
teraz się na stałe przyjmie !


Kijów nasz
 Bardzo proszę zapamiętać, że ja jako drugi z kolei, po wizjonerkach „Jarzębinkach”, to właśnie wygdakałem,  ku ogromnemu zgorszenie całej plejady znawców futbolu, ekspertów, malkontentów i wszelakiej innej maści maruderów. Oni biedni nie potrafią pojąć, że Euro w Polsce i Ukrainie nie może zakończyć się inaczej jak misja Bolesława Chrobrego w celu osadzenia na tronie kijowskim swego zięcia Świętopełka. Bolesław swój cel osiągnął choć wyszczerbił miecz o bramy Kijowa. My też w Kijowie osiągniemy cel. „Jarzębinki” to wyśpiewały, a ja zobaczyłem w moim proroczym śnie. Tak więc  - Koko  -  Euro spoko!
Stoickiej, empatycznej, melancholijnej niedzieli życzę !